Tym razem będzie o off-roadzie.

Co prawda na tym znam się słabiej niż na lataniu, ale kilka zim spędzonych na Saharze, kawał przejechanej Rosji i pare pokonanych amerykańskich pustyń daje mi jako takie doświadczenie ;)

Znaczy nie będzie o typowym polskim off-roadzie, polegającym na rozjeżdżaniu jakiejś kałuży, tylko o tym, jak dotrzeć do celu, pomimo że drogi jeszcze nie zbudowano.

Bo wg mnie pierwsza zasada off-roadu jest taka, że jeśli da się dojechać asfaltem, to szkoda męczyc auto ;)


 

Zasada druga jest taka, że przede wszystkim unikamy uszkodzenia samochodu. Może się zdarzyć, że najbliższy warsztat jest odległy o 140 km (to z doświadczenia), wulkanizacja o 90 km (to też z doświadczenia) a na potrzebne części czeka się 3 tygodnie w środku czarnej niedoli (oczywiście znów z doświadczenia).

Od czego zaczynamy? Od sporządzenia notatki z bieżącymi sprawami. Na co dzień mamy w głowie całkiem sporo różnych spraw, o których świetnie pamiętamy. Jeśli jednak wyruszymy na poważną wyprawę, nasz mózg zrobi twardy reset pamięci podręcznej. Po powrocie będziemy mieli dziurę w percepcji, po prostu wszystkie niezałatwione sprawy się ulotnią. Wtedy sięgamy po notatki ;)

Za pierwszym razem oczywiście olejemy tę sprawę, ale kiedy zapuka nam do drzwi komornik, bo czegoś tam nie dopełniliśmy, to szybko docenimy te notatki ;).

Teraz sprawa samochodu. Najlepszy jest ten, który akurat mamy :). Wystarczy go tylko trochę doposażyć. Pustynie da się pokonać nawet osobówką, pod warunkiem, ze jest z wypożyczalni ;) Z mojego doświadczenia wynika, że podczas takiej jazdy najmniej części odpada z Dacii Logan.

Oczywiście lepsza jest terenówka, ostatecznie SUV. Jeśli nie wiemy jak rozróżnić te dwa typy samochodów, to wystarczy sprawdzić, czy przedni napęd posiada sztywny most.

Wracamy do wyposażenia. Jeśli auto ma ramę, to zaczynamy od nabycia podnośnika hi-lift. Ma on z półtora metra wysokości i jest cieżki jak nieszczęście. Ale niezbędny ;). Jeśli ramy nie udało nam się znaleźć pod samochodem to dokupujemy taki sprytny adapterek do hi-lifta, dzięki któremu możemy chwycić za felgę. Istnieją też podnośniki pneumatyczne, w postaci wielkiej pompowanej przez spaliny poduchy. Nadają się one do aut bez ramy, ale praktyka dowodzi, że układ wydechowy przestaje być szczelny już pierwszego dnia i cały ten misterny plan idzie w p..u.

Mamy już czym podnieść auto, żeby zasypać dziurę która nas wciągnęła. Do zasypywania używamy łopaty. Najlepsza wg mnie jest saperka ogólnowojskowa, która od biedy zastępuje też siekierę. Co prawda jak sama nazwa wskazuje, została zaprojektowana głównie do walki wręcz, ale kopie się nią o wiele lepiej niż pozostałymi składanymi, delikatnymi wyrobami saperkopodobnymi. Zresztą jej podstawowa funkcja daje większe poczucie bezpieczeństwa ;)

Do wyciągania zakopanych aut przydaje się tez lina kinetyczna. To taki sprzęt do wyszarpywania samochodów. Nie ciągnie się nim jak normalną lina, tylko rozpędza i szarpie. Bardzo skuteczne ostrojstwo, tylko trzeba uważać, bo jak pęknie to sieje wokół śmierć i zniszczenie. To nie jest eufemizm, gapie muszą się odsunąć na sporą odległość. Z samochodu po takim strzale też robi się pędzel. Wiec nie kupujemy byle czego, tylko porządny sprzęt. W razie podejrzanych uszkodzeń wywalamy. Wiem, że szkoda, ale nowa przednia szyba, reflektory i grill wyniosą nas drożej. Do zaczepienia kinetyka mogą okazać się niezbędne porządne szekle.

Jeśli jedziemy na dwa auta, warto na jednym zamontować wyciągarkę. Na pustyni nie ma drzew, więc sami się nie wyciągniemy, bo nie ma o co zaczepić. Jeśli jedziemy jednym samochodem warto rozważyć zakup najazdów. Są one wielkie, ciężkie i drogie, ale bywają niezastąpione. Do każdego najazdu montujemy ok 5-metrową linkę. Często po wykopaniu samochodu nie możemy zatrzymać się bez obawy o powtórne zakopanie i praktyczniej jest wlec za sobą te najazdy, niż je potem dźwigać kilkaset metrów (jak pisałem, są ciężkie)

Listę niezbędnego sprzętu zamyka kompresor. Nie może to być chińszczyzna z Tesco. Kupujemy uczciwy sprzęt za kilkaset złotych. Będziemy go używać nadspodziewanie często. Do kompresora potrzebny jest nam wihajster do wykręcania wentyli. Wyłudzamy go u zaprzyjaźnionego wulkanizatora i robimy z niego gustowny breloczek.

Mamy już podstawowy ekwipunek. Zajmuje on sporo miejsca, którego nie mamy. Wywalamy więc 3/4 z pozostałych rzeczy które przygotowaliśmy na drogę. Praktyka dowodzi, że większość tzw "przydasiów" nigdy się nie przyda. Wspaniałe pojemniki będą zawsze odrobinę za małe i będą tylko zajmować miejsce, zamiast gotować zażerujemy coś na sucho, albo poleziemy do tubylców w gości itp. więc z kuchennych rzeczy zostawiamy tylko ogólnowojskowy niezbędnik, bo ze sztućcami może być krucho, lokalesi jedzą rękoma. A dlaczego ogólnowojskowy? Bo znów jest najlepszy ;). Zabieranie masy klamotów mających nam ułatwić wyprawę niebezpiecznie zbliża nas do wycieczki autokarowej, a w końcu to ma być wyprawa a nie wczasy. Trza być twardym, jak żelki z "Biedronki" ;)

Mamy się juz czym wykopać, zabierzmy się za opony. Przyjmujemy, że powinny wytrzymać kilka miesięcy (na więcej bym nie liczył). Ponieważ większość trasy pokonamy po asfalcie, więc potrzebujemy opon uniwersalnych, oznaczonych literkami AT (opony stricte terenowe oznacza się MT). Wybieramy te o możliwie grubym bieżniku, czyli błotno-śniegowe i jak najszersze o możliwie wysokim profilu. Jeśli się da, to podnosimy zawieszenie auta o 5 cm. Więcej nie, bo będzie kiepsko jeździć po czarnym. Do podniesienia używamy gotowych zestawów i doświadczonego mechanika. Podnosząc przednie zawieszenie zmniejszamy kąt wyprzedzenia zwrotnicy, a to powoduje zwiększona chęć do myszkowania po drodze. Na długich dystansach jest to dość męczące.

Wracając do opon, problem w tym, że opony o takim bieżniku najczęściej wykonane są z dość miękkiej gumy i na kamieniach szybko się zużywają (wbrew obiegowej opinii pustynie składają się głownie z kamulców i żwiru). Zbyt wąskie opony też szybko zostaną zmasakrowane z powodu stosunkowo dużego nacisku. Za wąskie, to znaczy fabrycznie przewidziane do tego modelu ;)

Ruszamy w pustynię.

Zaczynamy od jazdy po pistach. Są to lepsze lub gorsze, drogi nieutwardzone. Dobra pista to taka którą da się jechać ponad 20 km/h. Są też takie, na których wyciągniemy maksymalnie prędkość procesji wielkanocnej. To, że pista jest na mapie, albo jakimś tracku gpsowym oznacza wyłącznie ze kiedyś była przejezdna. Musimy liczyć się z niespodziankami. Pustynia jest bardziej zmienna niż kobieta w ciąży :)

Czasem na środku drogi stoi „bałwanek” z kamieni i widać że od tego miejsca szlak odbija. Jest to objazd jakiegoś zdemolowanego odcinka i zdecydowanie należy pojechać świeższymi śladami. Jeśli „bałwanek” stoi obok drogi może to oznaczać, że w tym miejscu szlak się rozdziela i należy zerknąć w mapę lub GPS. Radzę zwracać baczna uwagę na kamienie które leżą nienaturalnie. Najczęściej coś oznaczają. Po pewnym czasie załapiemy logikę, którą kierują się lokalesi w znakowaniu szlaku.

Kiedy już naumiemy się jeździć po pistach możemy rzucić się w krajobraz na krechę. Najpierw musimy nauczyć się zmieniać biegi, bo każda redukcja podczas jazdy pod górkę na piachu skończy się ugrzęźnięciem. W takich warunkach wystarczy na moment wcisnąć sprzęgło żeby natychmiast się zatrzymać, a tego chcemy uniknąć. Najlepiej uczyć się na aucie służbowym, bądź z wypożyczalni. Musimy opanować szybką redukcję z częściowo wciśniętym sprzęgłem i na połowie gazu. Silnik musi wtedy lekko wyć, a sprzęgło się ślizgać. Na początku będzie się ślizgać aż za bardzo i pewnie zdrowo się przypali ;) Taki rodzaj zmiany biegów nie powoduje spadku prędkości i zabezpiecza nas przed zatrzymaniem samochodu.

Jeśli na trasie jest grząsko, to zwiększamy prędkość i lekko odbijamy kierownicą w poszukiwaniu twardego. Z praw fizyki wynika, że im większa prędkość tym mniejszy nacisk. Doświadczenie podpowiada, że mając ponad 70 km/h da się przejechać przez kopne piachy w „ślizgu”, czyli podobnie jak narty wodne utrzymują się na wodzie. Problem w tym, że kopne piachy powstają najczęściej jako efekt zamieci i tworzą podobne fale jak zaspy śnieżne. Amplituda tych fal powoduje rezonans z naszym zawieszeniem i możemy znienacka zacząć fruwać.

To, że inny samochód przed nami przejechał gładko wcale nie oznacza, że nasz nie wpadnie w rezonans. Nie ma innej rady, trzeba zwolnić narażając się na zakopanie.

Jeśli tylko poczujemy, że auto grzęźnie, natychmiast odpuszczamy gaz. Dawanie w palnik zakończy się pogorszeniem sytuacji, czyli zaryciem mostu lub nawet heroicznym spoczęciu na podłodze, a to już duży kłopot.

Jeśli zakopały się wyłącznie koła używamy saperki i najazdów. Z braku tych ostatnich możemy użyć gumowych dywaników, których w każdym aucie jest pod dostatkiem ;). Warto też skorzystać z wyłudzonego wcześniej pibrzdelka do odkręcania wentyli i upuścić powietrza z opon. Jeśli na piachu spoczął most lub rama, to niestety trzeba użyć ciężkiego sprzętu w postaci hi-lifta, wyciągarki czy liny kinetycznej, oczywiście przy wsparciu niezastąpionej saperki :). Jeśli w naszym aucie jest blokada mechanizmów różnicowych, to właśnie nadeszła pora na ich użycie (mają taką wadę, że wtedy pojazd porusza się wyłącznie na wprost, co nie zawsze jest nam na rękę).

Jadąc na krechę musimy cały czas pamiętać, że na pustyni czają się różne rozpadliny wykonane przez wodę (raz na jakiś czas pada i to solidnie). O ile kamienie widać z daleka i bez problemu damy rade je ominąć, o tyle widząc taki naturalny rów zdążymy jedynie wykrzyknąć sakramentalne „o k…”.

A jeszcze wczoaj dało się tędy normalnie przejechać

Wszystkie filmiki pokazujące zasuwanie po równiutkiej pustyni ponad 100 km/h powstały po wcześniejszym solidnym sprawdzeniu terenu.

Nie wspominałem o jeszcze jednym, dość istotnym elemencie wyposażenia. Będziemy potrzebowali kilkadziesiąt długopisów i trochę ciut bardziej wartościowych suwenirów (np. komplety flamastrów, kredek itp.).

Poruszając się przez sam środek niczego, będziemy spotykać stałych lokatorów. Pustynia jest nad podziw gęsto zaludniona. Na pozór nie ma tam nikogo, ale jak tylko staniemy na dłużej wyrosną jak z podziemi lokalesi. Staną i będą się gapić. Jesteśmy jedyną atrakcją i będą nas traktować jak telewizor. Trudno liczyć na prywatność. Przeważnie zaczyna się od dzieciaków, potem dołączają dorośli. Często zapraszając na herbatę do swoich „domostw”.

Im dalej od cywilizacji, tym ludzie są milsi i bardziej bezinteresowni. Często nam w czymś pomogą. Np. kiedyś jechałem dnem rzeki. Wody było niewiele, ale w jeździe przeszkadzały kamulce i ukryte w wodzie doły. Cały czas przed nami biegło kilku chłopców, usuwało kamole i pokazywało podwodne wykroty. Wypadało na koniec czymś ich obdarować.

Przestrzegam przed bezmyślnym rozdawaniem, które uczy jedynie żebractwa, poza tym powoduje diametralną zmianę zachowania lokalesów. Włącza im się trudne do opanowania chciejstwo. Jeśli mamy coś do rozdania, to tylko tym, którzy na to zasługują, a i to na sam koniec, kiedy mamy już pracujący silnik, żeby od razu się oddalić.

 

Jest takie lotnicze powiedzenie, że są starzy piloci i odważni piloci. Nie ma starych, odważnych pilotów. Myślę, że ta zasada dotyczy też w pewnym sensie off-roadu. Najważniejsze jest, żeby cało wrócić. Przejazd przez pustynię jest dostatecznie uciążliwy dla zdrowego człowieka. Transport rannego w tych warunkach może zamienić się w horror.