W 96 r byłem zielonym jak liść sałaty L-kowiczem, uprawiającym zapamiętale zloty urozmaicane karczowaniem startowiska na górce w Mieroszowie (obecni jego bywalcy bardzo by się zdziwili widząc je wtedy), kiedy wyczytałem w PLAR o przelocie tandemem Witalisa Dudka z Tamarą na odległość 12 km.

Dla porównania dodam, że rekord Polski w przelocie otwartym wynosił wtedy cos 21 km. Od tamtej pory nie słychać o przelotach tandemowych w kraju.

 

Wynika to stąd, że z powodu dużej prędkości i opadania tandemu szczególny problem stanowi kręcenie wąskich i słabych noszeń, czyli takich, jakie głównie w Polsce występują.

 

Jeśli mógłbym porównać glajty do samochodów, to pilotowanie tandemu, zwłaszcza jeśli chodzi o jego zwrotność i osiągi, przypomina prowadzenie przegubowego autobusu.

 

Na dodatek pasażer rzadko kiedy ma ochotę na współpracę przy sterowaniu ciałem, a na pewno nie będzie pomagał przy wszelkiego rodzaju komplikacjach.

 

Od tamtej pory minęło trochę czasu i zdążyłem zostać instruktorem. W pracy wykonuję dziesiatki lotów tandemowych miesięcznie.

 

Zauważyłem też, że bardzo często latam w dolnej granicy wagi, ponieważ najczęściej mój „balast” stanowią kobiety i dzieci (zawód instruktora ma ten plus, że koledzy wręcz się proszą, żeby im dziewczynę przelecieć).

 

Wyciągnąłem z tego wnioski i zamówiłem mniejszy tandem u Krzysztofa Dudzińskiego, czyli w firmie Air-Sport z Zakopanego. Zresztą nawet nie tyle zamówiłem, co namówiłem na powiększenie Ajosa do rozmiarów 35 m. kw.

 

Powstało skrzydło o przedziale wagowym 120-150 kg, czyli dla pilotów rozmiaru XXL, którzy często mają problem z dobraniem sobie glajta na swoją wagę, lub mały tandem 120-170 kg.

 

Tandemy, oprócz rozmiarów, różnią się od normalnych skrzydeł głównie tym, że mają inne taśmy, rozpórki i z założenia większe obciążenie powierzchni niż jednoosobowe skrzydła, wiec z tego też powodu latają szybciej i nie mają speed-systemu.

 

Zamawiając skrzydło obiecałem Krzyśkowi, że pobiję na nim rekord Polski, w końcu 12 km to w obecnych czasach niewiele. (Opis testowania Ajosa 35 nad jeziorem Mietkowskim ukazał się w PLAR 12/01).

 

Od kilku miesięcy posługuję się tym skrzydłem w pracy. Ponieważ nie mam zaufania do kursantów latających nisko i powoli, wypuszczam ich od razu na wysokość 600-700 m (rekordzista zrobił 976 m), po uprzednim, dwukrotnym przewiezieniu na „dwusterze”.

 

Jest to możliwe, ponieważ: „"to nie jest tandem, to chodzi jak normalny glajt”", jak stwierdził kiedyś mali. Więc sposób sterowania jest prawie taki sam, jak w skrzydle używanym potem do szkolenia.

 

Od dłuższego czasu kombinowałem, jakby tu z tego skorzystać i urwać się na dłuższą wycieczkę po okolicy Brzegu i spełnić obietnicę daną Dudzinkowi, ale jak wiadomo miejsce instruktora jest na starcie, a zwłaszcza podczas lotów za wyciągarką.

 

Chcąc oszczędzić pasażerom stresów związanych z lotami w termice wyciągałem tandem głownie wieczorami, zresztą chętnych na przeloty było zawsze tak dużo, że nie miałem kiedy zabrać się w termikę nawet z własnym synem.

 

Któregoś ciepłego, wrześniowego dzionka poleciałem z nastoletnią siostrzenicą kolegi. Była godz.  16,30, wszyscy czający się na przelot koledzy już się zwinęli, więc nie miałem nic lepszego do roboty.

 

Wyczepienie było na 605 m i... wario nie przestało pikać, miałem 0,5 m/s do góry. Założyłem więc krążenie, wspinając się mozolnie w kominie. Moja pasażerka napawała się widokami, dopytując się co chwilę o wysokość. Po kolei meldowałem jej 700, 800 i 900 m. Ponieważ oboje byliśmy w krótkich rękawkach, a we wrześniu na tej wysokości skwaru nie ma, planowałem powrót zaraz po zrobieniu 1000 m.

 

Kiedy wreszcie doszliśmy do upragnionego tysiąca podleciało do nas duże ptaszysko, coś jak jastrząb lub kania ruda - nie jestem ornitologiem to się nie będę wymądrzał - i założyło krążenie ze wszystkimi regułami prawa lotniczego. Nie miałem serca przerywać pasażerce zabawy i powoli oddalałem się z kominem od lotniska. Ptaszydło wyraźnie partoliło krążenie topiąc coraz bardziej. Widać miało w tym jakiś cel. I rzeczywiście, w pewnym momencie wystrzeliło do góry, mało mu pióra z hmmm... ogona nie powypadały.

 

Nie wytrzymałem i od razu skierowałem się za nim. Po chwili czułem się jak zasysany przez słomkę, wario pokazało 4 m/s na uśredniaczu. Zgłosiłem przez radio, że odlatuję w stronę autostrady Wrocław-Opole. Zimno zimnem, ale takich okazji się nie marnuje. Od razu ruszył za nami samochód kolegi. Podczas krążenia zauważyłem dwa kolejne ptaki z tego samego gatunku, wyraźnie bawiące się silnym noszeniem.

 

W tych warunkach szybko zrobiłem podstawę na 1430 m nad grunt i rzuciłem się z wiatrem. Ponieważ byliśmy na wysokości szczytu Śnieżki, więc przy 40 km/h za ciepło to nam nie było. Pasażerka utrzymywała jednak, że nie jest jej zimno. Chyba z emocji, bo była znacznie drobniejsza ode mnie, a ja już zaczynałem szczękać zębami. Cała ta sytuacja wyraźnie jej się podobała i nie chciała lądować. Od dłuższej chwili nie było już widać lotniska.

 

Tak na marginesie, jest to bardzo charakterystyczna, porzucona kilkanaście lat temu przez Rosjan baza wojskowa o wymiarach ok. 5 x 3,5 km z trzykilometrowym pasem startowym i dwudziestoma dwoma hangaro-bunkrami. Drzwi tych hangarów mają po kilkadziesiąt ton i poruszają się na podwoziach kolejowych. Całość rzuca się z powietrza w oczy i nie sposób tego przeoczyć.

 

Po paru minutach przelecieliśmy nad Nysą Kłodzką i moja pasażerka wykrzyknęła:

 

- Proszę pana, tam jest trąba powietrzna!

 

Rzeczywiście, po zaoranym polu przemieszczał się dust-devil o średnicy ok. 15-20 m wznosząc pod chmury słup pyłu. Uznałem, że mając 1100 m mogę śmiało w to wejść. Wario znowu pokazało 4,5 m i za chwilę zobaczyłem w pobliżu charakterystyczne dla bliskości podstawy wirujące kłaki mgły. Zrobiło się ciemno, zimno i ponuro. W radiu słyszałem normalne przedstartowe zamieszanie, widać kolegów podekscytowały czterometrowe kominy, raczej rzadkie o tej porze dnia i roku, a ja leciałem w kierunku... następnego dust-devila.

 

Myślę, że są one dość częstym zjawiskiem, tylko mało widocznym z braku pyłu. Po podorywkach jest go pod dostatkiem, więc się uwidaczniają.

 

Za chwilę znowu byliśmy pod podstawą, w towarzystwie już sześciu ptaków ćwiczących zapamiętale akrobacje, co wyglądało jak walka powietrzna z II wojny, a na kursie budował się cumulus congestus.

 

Z powodu zimna straciłem ochotę na następną jazdę do góry, tym bardziej, że chmura budowała się podejrzanie szybko, więc ominąłem ją dużym łukiem, co kosztowało nas sporo czasu i wysokości. Za to podziwialiśmy przesuwające się powoli po horyzoncie pasmo czeskich Jeseników z jednej strony, a panoramę Opola i leżącej za nim, olbrzymiej elektrowni Czarnowąsy z wesoło pomalowanymi chłodniami kominowymi z drugiej. W końcu pod nami pojawiła się charakterystyczna kładka łącząca bary po dwóch stronach autostrady.

 

Zgłosiłem więc ekipie pościgowej gdzie jestem i założyłem 0,5 m/s noszenia, wygrzewając się na 700 m w ostatnich promieniach słońca. Komin był ewidentnie wygenerowany przez autostradę, w zasadzie mogłem sobie tak wzdłuż niej lecieć i lecieć.

 

Przed nami był parokilometrowy las i jezioro. Krążenie znudziło mi się na wysokości 1100 m. W zasadzie to zobaczyłem za lasem ślimaki zjazdu z autostrady, które były idealnym miejscem na randez-vous z rzutem naziemnym. Jeśli poleciałbym dalej, to samochód miałby problem z nawróceniem i do tego trzeba by przełazić z glajtem przez płoty ciągnące się wzdłuż autostrady, a oczywiście nie miałem ze sobą plecaka.

 

Nad ślimaki przyszedłem z siedemsetmetrowym zapasem, zbyt zmarznięty, żeby myśleć o spirali. Zresztą moja pasażerka i tak miała już dosyć wrażeń. Miałem co prawda ochotę wylądować w Polskiej Nowej Wsi, na lotnisku Aeroklubu Opolskiego, które było gdzieś w okolicy, ale nie potrafiłem go zlokalizować. Po dłuższym esowaniu nad stadem spokojnie pasących się saren wylądowałem przy parkingu. Była godz. 18.05, zrobiłem w półtorej godziny 30,5 km licząc w linii prostej. Gdybym wziął aparat i deklarację przelotu, miałbym Rekord Polski, a gdybyśmy się cieplej ubrali, można było spokojnie zrobić ponad 40 km. Tak to bywa jak pilot d...