Podczas weekendu 11-12 maja odbył się pierwszy w tym roku trening bezpieczeństwa na Mietkowie. Zjechało się sporo osób, w tym paru kadrowiczów. Większość jak zwykle chciała poćwiczyć kibicowanie. W końcu w ten sposób też można się czegoś nauczyć.

Spośród zawodników tylko mali (mali piszemy z malej litery) przypiął się do najnowszej konstrukcji FreeXa o nazwie Blade. Jest to skrzydło DHV 2 o zacięciu zawodniczym i wydłużeniu 5.8. Też miałem ochotę zobaczyć co ono potrafi, ale burza wisiała na włosku i trzeba było zagęścić program. Ponieważ mam na miejscu zarówno Mietków jak i FreeXy, więc po malim za Blade wziął się, znany zapewne czytelnikom PLAR, Jaro Minkowicz, który jak myślę, niedługo opisze swoje wrażenia. Karolina, druga po jak na razie dziewczyna na treningu, testowała FreeXa Moona. A że jest to hit tego sezonu, więc skrzydło było równie pilnie oglądane jak wyczyny Karoliny, która chcąc nabyć takie skrzydło zapragnęła najpierw osobiście sprawdzić jak ono lata.

 

Trochę dziwiłem się kibicującym pilotom, którzy ograniczyli się do biernego obserwowania, bo przypomnienie paru nawyków przed sezonem jest znacznie tańsze od późniejszej rehabilitacji. Poza tym nie wyobrażam sobie przesiadki na nowe skrzydło bez zbadania jego reakcji na np. klapę na speedzie. Zawsze dobrze wiedzieć czy lepiej go wciskać, czy nie. Czasem nieużywanie speeda też może być groźne, ale mało kto tak naprawdę wie co się stanie w przypadku poskładania, co powoduje czasem obawy przed wciśnięciem belki, a czasem, w ostrzejszych skrzydłach użycie go na zbyt małej wysokości. Nad wodą jest to bezpieczne

 

Zresztą najgroźniejsze są negatywki opowiadane z przejęciem przy piwie, przez doświadczonych czasem pilotów, którzy z czymś takim zetknęli się pierwszy raz. Na treningu można zafundować ich sobie nawet 5 pod rząd i okazuje się, że to w sumie banalna figura, dużo bezpieczniejsza od mocnego wingowera.

 

Ponieważ Moon ma DHV 1-2 (przy wydłużeniu 5.2), to nie mogąc doczekać się na trening bezpieczeństwa, zdążyłem oblatać go już wcześniej nad lotniskiem, więc mogłem spokojnie zabrać się za pracę, czyli testowanie trymunku najnowszej konstrukcji Krzysztofa Dudzińskiego, właściciela i a zarazem konstruktora firmy Air-Sport z Zakopanego. Mogę zdradzić, że będzie nazywać się Chinook i jest skrzydłem pośrednim pomiędzy Pasatem a Notosem Comp. ma wydłużenie 5,56 i ma 57 cel. Jak większość skrzydeł tej klasy ma V-cele i mocno zredukowane olinowanie (łączna długość linek to 317 m, a w wersji 28 m. kw będzie mniej niż 300 m). W pobliżu stabilizatorów komory są częściowo przymknięte (po 7 z każdej strony), po czym łatwo go odróżnić. Ponieważ jak na razie jest do dyspozycji tylko egzemplarz 30 m. kw. więc musiałem się mocno dobalastować. Od seryjnego skrzydła różni się bezoplotowymi linkami, w których łatwiej zmienić długość. W planie pierwszego holu jest negatywka (czyli korkociąg) płaska, negatywka ostra, pełne przeciągnięcie (czyli fullsztal) i jak starczy wysokości to jakieś drobiazgi typu besztal czy frontsztal. W następnej kolejności ma być duża przytrzymana klapa bez kontry i spirala, a w ostatnim holu klapa i negatywka na speedzie.

 

Przypięty do glajta czekam na linę, którą podaje... pies, dorodny wilczur , który pojawia się jak tylko podpływa motorówka. Zgrabnie aportuje linę i holuje ją do brzegu.

 

Start jest bardzo łatwy, glajt dobrze się holuje. Siły na starówkach ma, jak dla mnie, w sam raz. Granica przeciągnięcia jest wyraźna, a samo zerwanie strug przebiega płynnie. Przez chwilę bawiłem się trzymaniem go na granicy negatywki (czyli korkociągu) co daje efekt wirowania wypełnionego skrzydła nad głową. W końcu jednak skrzydło wybrało negatywkę, więc odpuściłem. Wyjście było gwałtowne, co wskazuje na potrzebę zmniejszenia kąta natarcia. Na wszelki wypadek powtórzyłem manewr, tym razem już bez wygłupów, czyli zrobiłem solidny rozpędzony negatyw. Znów to samo. Wyjście bardzo szybkie, ale gwałtowne. Zostawiłem więc negatywki do przemyślenia na ziemi i zrobiłem pełne przeciągnięcie, czyli fullsztala. Wejście bardzo spokojne, bez charakterystycznego majtnięcia do tyłu. Glajt wił się nad głową wyrywając się z umiarkowaną siłą i dał się odpuścić delikatnie nie skacząc mocno do przodu. Ponieważ zostało mi sporo wysokości pociągnąłem besztala, czyli przeciągnięcie taśmami B. Nie trzeba było używać siły, opadanie było bardzo stabilne i wyjście bez tendencji do spadochronowania. Jeśli nie trzeba dużej siły, to czasem można przeciągnąć besztala, co daje w najlepszym razie efekt motyla, czyli skrzydło załamuje się i stabilizatory się stykają z przodu. Sprawdziłem więc i ten wariant, ale pomimo mocnego zaciągnięcia nic się nie wydarzyło. W takim razie pociągnąłem za taśmy A wywołując frontsztala, czyli podwinięcie czołowe. Kiedy je puściłem skrzydło natychmiast wróciło do normalnego kształtu. Ponieważ wiatr zwiał mnie już w pobliże lądu pobawiłem się trochę wingowerami i... lataniem na żaglu powstałym na kępie drzew. Chinook ma małe opadanie, , jest zwrotny i dobrze chodzi za ręką, więc mogłem sobie tam wisieć długo, ale na ziemię (dosłownie) sprowadził mnie okrzyk Arka Pomarańskiego, który jest organizatorem całego zamieszania, że ma startować Karolina i może bym tak oddał kamizelkę ratunkową. Przymierzyłem się do wylądowania na plaży, ale okazało się, że skrzydło jest nośniejsze niż myślałem i trzeba było założyć klapy. Nie było problemu z sięgnięciem do linek. Pomimo, że tą część testu odbyłem nad stałym lądem, czułem się be zpiecznie ;-).

 

Kiedy omawialiśmy z Krzyśkiem w pobliskiej knajpce zakres koniecznej regulacji, znad Ślęży przypełzł potężny Cb i zakończył zabawę. Na ugrzecznienie Chinooka będzie więc dużo czasu, bo następny trening dopiero za miesiąc. Choć skrzydło jest adresowane dla doświadczonych pilotów to jak na razie, poza wychodzeniem z negatywek, zachowuje się bardzo grzecznie, warto więc nad tym popracować.

 

Podczas dwóch dni treningu nikt nie wpadł do wody i nikt się nie ratował na zapasie. Myślę, że zaprocentowało dobre przygotowanie startowisk podczas zimy. W tej chwili start, który był najbardziej stresującym momentem poprzednich treningów, odbywa się normalnie, jak na lotnisku. Brak ratowań wynika z coraz większego doświadczenia pilotów biorących udział w treningu (nie wiem czemu są to cały czas te same osoby). Wykonywane ewolucje powodowały masowy najazd plażowiczów i wędkarzy chcących... ratować pilotów, którzy w paru przypadkach mieli możliwość pooglądać swoje skrzydło w locie z bardzo bliska i na tle wody.