Nasi górą!!!
Co prawda Otwarte Mistrzostwa Ukrainy trwały już prawie tydzień, ale że zebrała się ekipa chcących dołączyć choćby na część zawodów, naprędce zorganizowaliśmy ekspedycję.
Ponieważ rok wcześniej Zbyszek Gotkiewicz przestrzegał, żeby ze względu na stan dróg jechać tam autem kolegi lub służbowym, pojawił się problem, czym jechać.
Od razu widać, jaka siła drzemie w prasie. Nabyłem więc dzień przed wyjazdem, za cenę remontu zawieszenia w normalnym samochodzie, pełnoletnie Volvo kombi o imponujących gabarytach i pojechaliśmy.
Polscy celnicy wyjątkowo skrupulatnie sprawdzali numery samochodu, widać nieprzyzwyczajeni do aut malowanych pędzlem, ale ponieważ numerów nie udało się odnaleźć dali sobie spokój. Na celnikach ukraińskich nasz pojazd nie zrobił najmniejszego wrażenia (na miejscu okazało się, że nie takie rzęchy u nich uchodzą za niezłą furę), za to my podziwialiśmy ich pracę.
Już wiemy, co to jest porządna szkoła CK austro-węgierskiej biurokracji. Nawet obiegówkę dostaliśmy. Po uroczystym spisaniu oświadczenia, że nie zbędziemy naszego cuda techniki, ruszyliśmy w dalszą podróż.
Drogi stały się szersze, za to jakby mniej oznakowane i pomalowane. Prędkość też nam wzrosła z braku kolein i to wyraźnie, jak nam wytłumaczył sympatyczny milicjant w kepi. Jako zawodnikom darował nam nawet opłatę 10 hrywien (8 PLN) za przekroczenie (taka opłata jest zwyczajowa, nie należy oczekiwać pokwitowania).
Samochód jadący z przeciwka stał się miłym urozmaiceniem monotonii podróży. A zasnąć łatwo, bo tamtejsi budowniczowie dróg nie zawracali sobie głowy robieniem zakrętów. Niestety następny posterunek uświadomił nam, że na Ukrainie obowiązuje notarialna zgoda właściciela na poruszanie się cudzym samochodem, czyli tzw. „dawierność”.
Oczywiście przed wyjazdem nie zdążyłem przerejestrować go na siebie. Tym razem pomogło tłumaczenie, że auto jest pełnoletnie, więc „samostijne”.
Następne niespodzianki były już miłe, np. benzyna kosztuje tam tyle co piwo, czyli ok. 1,20 PLN, gaz 0,80 PLN, całkiem dobre wino 3 PLN, a mocne alkohole zaczynają się od 5 PLN.
Niestety główną drogę musieliśmy za jakiś czas porzucić i zaczęło nami telepać. Następny rozjazd spowodował, że szybko zaczęliśmy tęsknić za tą telepawką, bo jechaliśmy po szutrach i kurz wciskał się wszędzie. Ten kurz towarzyszył nam już do końca zawodów, bo w okolicach Odajeva dróg asfaltowych w zasadzie nie ma wcale. Metoda nawigacji jest tylko jedna: szczegółowa mapa i pasażer w roli pilota, ponieważ jedynymi tablicami na drodze są nazwy miejscowości.
Potem, w trakcie wycieczek po najbliższej okolicy (góra 250 km), przydatny był też GPS. Żeby się nie zgubić po ciemku i trafić spowrotem w plątaninie nieutwardzonych, lub szutrowych dróg do takiej metropolii jak Odejevo, jechałem po track-logu.
Na startowisko zajechaliśmy rano. Do przyczepy kempingowej Andrzeja Walczaka przyczepione były dotychczasowe wyniki. Klasyfikacja generalna wyglądała następująco:
1. Andrzej Walczak, 2. Zbigniew Gotkiewicz, 3. Lucjan Gruziel. Na dalszych miejscach Ukraińcy, Rosjanie i Mołdawianie. Wśród zawodników dostrzegłem nazwiska ścigantów z PWC, w tym Mistrza Rosji Kole Szorochowa i Andrieja Kuczke z Ukrainy.
Okolica wyglądała jak marzenie, 100 m pod nami wił się olbrzymimi zakolami Dniestr. Pola w tych zakolach, długie na kilkanaście kilometrów, były wylęgarniami kominów, które pchane z wiatrem musiały się urwać na klifie za rzeką. Ten klif jest dwa razy wyższy niż we Władysławowie i ciągnie się jak okiem sięgnąć (oczywiście sięgamy okiem wisząc kilkaset metrów nad nim). Odcinki żaglowe, z powodu powyginania linii brzegowej, mają po kilka kilometrów, za to latać można na wiele kierunków.
Z powietrza ta część Ukrainy wygląda dziwnie. Dawne Dzikie Pola obsiane są czymś zielonym (o tej porze roku jeszcze nie wiadomo, co się z tego urodzi). Pola są ogromne i pocięte głębokimi jarami wyżłobionymi przez wodę, a że o wodę tam trudno, więc często są w nich wsie i lasy, a przynajmniej krzaczory. Lądować się w nich za bardzo nie da, o czym przekonał się młody rosyjski zawodnik, zwany od tamtej pory „Bin Ladenem” z powodu rozwalonego dachu i przewróconego komina, że o zerwanych drutach nie wspomnę.
Jest to teren o podłożu wapiennym, więc na polach występują leje krasowe, co z góry daje krajobraz jak po bombardowaniu.
Ciekawy byłem, na czym latają autochtoni. W końcu w ZSRR lotnictwo stało na wysokim poziomie, choć było paliwożerne i miało kiepską awionikę. Ponieważ glajty latają głównie na paliwo chmielowe, a elektronikę mam szwajcarsko-amerykańską, z zaciekawieniem przyjrzałem się egzotycznym dla nas skrzydłom. W oczy rzuciły się trzy konstrukcje. Rosyjskie MAI (Moskowskij Awiacostam Instytut), produkt najwyraźniej państwowej fabryki (co od razu dawało się zauważyć), również rosyjski, acz dobrze się prezentujący Paraavis, na którym śmigał Kola Szorochow i ukraiński Aeros, uszyty podobnie jak izr aelskie APCO z poludnowoafrykanskiej silikonowanej tkaniny Gelvenor. Jeśli wziąć pod uwagę, że właścicielem APCO jest imigrant z Ukrainy, a konstruktor Aerosa pracuje czasem dla APCO, to wyjaśnia wiele. Zresztą marka Aeros znana jest z produkcji jednych z najlepszych w świecie lotni.
Ponieważ PLAR jest powszechnie czytany na Ukrainie nie miałem problemu z wypożyczeniem prototypu nowego Aerosa, o nazwie Select, na małą wycieczkę po okolicy i kibicowaniem zawodnikom z powietrza.
Ponieważ ostatniego dnia rano chmury zakrywały całe niebo, a ich pułap wynosił 500 m, konkurencja, a z nią rozegranie całych zawodów wisiała na włosku. Jednak chmury się podniosły, pokazało się słońce i Mykoła Struk, przesympatyczny organizator całego zamieszania, ogłosił otwarcie okna startowego. Rozgrywany był przelot docelowy 31 km. Pomimo dużego zagęszczenia kominów ciężko było wyskrobać się ponad 700 m, a większy bezchmurny obszar na trasie uziemił większość zawodników za 10 kilometrem. Liczyła się przede wszystkim umiejętność walki w parterze przy słabych noszeniach i precyzyjne przeskoki. Dużo pomagały ptaki, których tam jakoś więcej. Mnie pomógł poczciwy bociek lecący przeciwnym kursem. Pewnie mi współczuł rzeźby w zerku nad jakimś jarem, bo zrobił jedną zwitkę w pobliskiej dwujeczce i poleciał dalej, co wybroniło mnie od niechybnej padaczki, choć nie na długo. Ostatnie 11 km do mety dojechałem już autobusem z ekipą pościgową (ekipa jest potrzebna również po to, żeby odpalić autobus na płaskim).
Zbieranie zawodników z trasy było zorganizowane bezbłędnie, co w tak rozległym i słabo zaludnionym kraju jest koniecznością (pomimo tego na początku zawodów zdarzył się przypadek nocowania w glajcie). Za to wpadką organizatorów było wyznaczenie mety w miejscu absolutnie nie nadającym się do lądowania. Nie miało to jednak większego znaczenia, bo najlepszy tego dnia Zbyszek Gotkiewicz padł kilometr przed metą, co dało mu tytuł Mistrza Ukrainy. W połączeniu ze zdobytym rok temu przez niego Pucharem Karpat daje mu to niekwestionowaną i zasłużoną pozycję lidera w tamtych stronach. Drugie miejsce zdobył Lucjan, a trzecie Walczak. Ostatniego dnia 4 najdłuższe przeloty należały znów do Polaków.
W dzień atermiczny rozegrano również zabawową konkurencję na celność, którą bezkonkurencyjnie wygrał członek naszej wyprawy, Andrzej Smoleń z Krakowa, pognębiając do reszty sympatycznych gospodarzy. Jako że nagroda była pieniężna, Andrzej wykupił cały zapas piwa z miejscowego sklepu i rozpoczęliśmy kultywowanie braterskich stosunków polsko-ukraińskich. Tylko Kola patrząc smętnie w tablice wyników wznosił toasty za tradycyjną nienawiść polsko-rosyjską (kak ja nienawiżu Poliaków). W następnych dniach nawet startował z tym okrzykiem. Ponieważ jakoś szczególnie znienawidził Walczaka, to zasiedli razem z butelką jakiejś podejrzanej mikstury i wymieniali coraz bardziej wojownicze toasty.
Miejscowa ludność odnosiła się do nas bardzo przyjaźnie. Noclegi kosztowały ok. 5 PLN, obiad w wiejskiej chacie 3-5 PLN. Jedzenie smaczne, lecz konsekwentnie bezmięsne (pierogi, barszcz ukraiński, sałatki itp). Jedynym doskwierającym mankamentem był brak jakichkolwiek pryszniców. Wykąpać można się było w krystalicznie czystym i arktycznie zimnym ruczaju, ale ponieważ był on na dole, to powrót 100 m na klif przywracał normalną temperaturę ciała. Czuliśmy się tam bezpiecznie, nic nie zagrażało zarówno nam jak i sprzętowi pozostawianemu na całe dnie w namiotach. Jedynie Walczak narzekał, że mu krowa wyjada konserwy mięsne. Uwierzyłem, jak zobaczyłem poczciwe bydlę (o imieniu Agata) zżerające gazetę. Zastanawialiśmy się, czy po takiej diecie nie będzie dawała mleka w puszkach. Krowy snują się tam luzem niczym nie powiązane co jest o tyle upierdliwe, że krasula dotąd nie zejdzie z drogi, zanim nie rozpozna marki samochodu.
Powrót był bezproblemowy, we Lwowie nakupiliśmy za pozostałe hrywny wyśmienitych kaukaskich serów i paliwa, pamiętając o pozostawieniu ok. 25 PLN w hrywnach na opłatę ekologiczną za samochód na granicy. Poczciwe Volvo zniosło 3 tyś. km jazdy bez protestów (zwiedziliśmy też Kamieniec Podolski i Chocim) choć było tak niemiłosiernie zakurzone, że zdziwiło nawet ukraińskich pograniczników. Będzie więc czym tam wrócić, bo warto.