Latanie zimą ma swoje uroki i nie są to tylko długie wieczory przy grzanym winie.
Brak termiki rekompensują nam wspaniałe widoki i możliwość wyciągnięcie w góry nielatających znajomych. W końcu od przynajmniej 80 lat narciarz nie jest uznawany za dziwaka lub ekscentryka, a na nartach nawet jeżdzić wypada. Przy okazji może my zaczniemy uchodzić za normalnych.
Do latania zimą trza się jednak solidnie przygotować.
;>Najważniejsze jest ubranie. Musi być bezwzględnie wiatroszczelne. Z naciskiem na to szczelne. Newralgicznymi punktami są nadgarstki i nogawki. Nadgarstki, bo rękawiczki zawsze wysuwają się z rękawów przy starcie, a nogawki są podczas lotu skierowane dokładnie w napływające strugi.
Rozwiązaniem problemu są specjalne pętelki na kciuk i strzemiona nogawek zakładane na buty. Rękawice muszą być luźne, najlepiej narciarskie. Wszystkie używane przez nas latem cienkie rękawiczki windstorperowe możemy sobie darować, sprawdzają się tylko podczas trzymania puszki z piwem na mrozie. W specjalistycznych sklepach można kupić rękawice z miejscem na chemiczną grzałkę, oraz wkłady do nich, lecz jest to dość drogi zestaw. Za to katalityczna grzałka na benzynę, dostępna w sklepach wędkarskich i turystycznych jest stosunkowo tania i powieszona w woreczku na brzuchu znakomicie rozgrzewa wszystko z wyjątkiem... rąk :-).
Nawet najlepsze rękawice niewiele nam pomogą, jeśli podczas lotu będziemy mieli wysoko uniesione ręce. W tej pozycji są one słabo ukrwione i palce marzną błyskawicznie. Musimy więc wydłużyć sterówki. W razie potrzeby, np. przy lądowaniu, nawiniemy je sobie na ręce. Podaję to, bo niedawno okazało się, że nie wszyscy wiedzą, że sterówki można nawijać.
Jeżeli mamy zamiar wystartować z kopnego śniegu, to radzę najpierw wydeptać spore startowisko, w ten sposób oszczędzimy sobie kilku spalonych startów.
Jeśli śnieg jest zmrożony, zwróćmy uwagę na zaczepiające się o kawałki lodu linki. W niskiej temperaturze szczególnie chętnie lubią się rwać. Warto również sprawdzić, czy do komór nie powpadały bryły śniegu. Z takim balastem źle się lata, zwłaszcza w bocznych komorach.
Noszenie glajta w kopnym śniegu jest bardzo dużym wysiłkiem, więc część odzieży od razu chowamy do plecaka, inaczej będziemy mokrzy. Zresztą i tak będziemy, więc konieczne będą oddychające tkaniny. Albo przebranie się na starcie w suche rzeczy.
Najłatwiej startuje się z nartostrad. Z tym, że na tych stromszych skrzydło potrafi zjeżdżać samo, więc trzeba poprosić kogoś o przytrzymanie. Przy okazji można porosić gapiów o stanięcie w takim miejscu, żeby uniemożliwić narciarzom jeżdżenie po linkach. Wiem, że są kolorowe i je widać, zwłaszcza na śniegu, ale narciarstwo jest sportem egalitarnym i uprawiają je również te osoby, dla których przygotowywane są co łatwiejsze pytania w audio-tele. Z prostej statystyki wynika, że co setny znajdzie sposób, żeby nam po tych linkach przejechać. Po takim przejechaniu zabieramy się za wnikliwą kontrolę ich stanu. Kłótnia z narciarzem nie ma sensu, bo jak przejechał, to znaczy, że nie jest nachalnie inteligentny, więc i tak nie zrozumie dlaczego się go czepiamy.
Ponieważ nie wszędzie są wyciągi krzesełkowe, więc czasem przyjdzie skorzystać z orczyka.
Są tu dwie możliwości. Albo bierzemy normalne narty, albo kupujemy w zabawkowym takie króciutkie, dopinane do zwykłych butów. W tym drugim przypadku musimy znaleźć narciarza, który weźmie na wyciąg nasz tobołek, bo nawet bez sprzętu jazda orczykiem na krótkich nartach jest niezłym wyczynem.
Jeżeli decydujemy się na zwykłe narty, to nie bierzemy kijków. Startowisko musi być strome, a wiatr dokładnie pod stok, ponieważ na nartach mamy ograniczoną możliwość podbiegania w bok. Przy bardziej płaskim startowisku możemy potrzebować pomocnika, który nas dopchnie w momencie stawiania skrzydła.
Jeśli wiatr jest słaby, to musimy startować klasykiem. Ponieważ na nartach nie da się zaprzeć o ziemie więc trzeba go trochę zmodyfikować. Samo skrzydło układamy do startu normalnie, ale my musimy być koło samej krawędzi spływu. Narty układamy w poprzek stoku. Kiedy zdecydujemy się na start podskakujemy z obrotem i pochylamy się mocno do przodu. Jak linki się napną musimy ustać szarpnięcie i... czekać. Skrzydło musi wejść na kąty. Kiedy już ruszymy ponownie do przodu można sobie pomóc krokiem łyżwowym. W powietrzu czujemy się nieco dziwnie, ponieważ uprząż to nie krzesełko wyciągu i narty trochę przeważają w przód. Za to świat widzimy, podobnie jak Małysz, przez czubki nart. Jeśli mamy życzenie polatać na żaglu, to po pewnym czasie, oprócz marznących palców, zaczną nam cierpnąć nogi pod kolanami. Te narty jednak trochę ważą. Z tego też powodu wingowery i spirale z nartami zaliczamy do przyjemności takich sobie, nie mówiąc o niebezpieczeństwie wypięcia się narty, zwłaszcza nad kolejką do wyciągu lub parkingiem.
Jeśli taki lot na nartach nie ma być jednorazowym wybrykiem, a sposobem na spędzenie urlopu w zimie, to dobrze jest zaopatrzyć się w buty do ski-turingu. Wyglądają podobnie jak zwykłe narciarskie, ale mają wibramową podeszwę, przełącznik go-ski umożliwiający w miarę wygodne chodzenie i można do nich dopiąć również raki. Wewnętrzna wkładka jest w nich normalnym sznurowanym butem, który używamy np. do chodzenia po schronisku. Oczywiście pasują do normalnych wiązań, ale jak każdy sprzęt o wielu zastosowaniach mogą wywołać umiarkowany entuzjazm u wyczynowych narciarzy.
Narty ski-turowe są bardzo lekkie, mają wiązania z przełącznikiem umożliwiającym odrywanie pięty i na czubkach są zaopatrzone w otwory umożliwiające zmajstrowanie z nich sanek, na których możemy np. ciągnąć plecak z glajtem po płaskim. Przyznam się, że tej ostatniej możliwości nie przetestowałem. Jeżeli zaopatrzymy się jeszcze w "foki", czyli specjalne, przyklejane na spód narty pasy futrzastej tkaniny z włosem w jedną stronę, służące do podchodzenia bez jodełkowania, to możemy pokusić się o starty z mniej uczęszczanych miejsc. Pod warunkiem, że będziemy mieli teleskopowe kijki. W krajach zdrowego rozsądku sprzęt tego rodzaju jest obrzydliwie drogi, ale u nas można go kupić za grosze na giełdach narciarskich, bo jeszcze mało kto wie co to takiego.
O ile start na nartach wymaga pewnej wprawy, o tyle lądowanie jest prawdziwą frajdą. Możemy siadać z wiatrem w plecy. A nawet im szybciej tym fajniejsza zabawa, więc nie hamujemy skrzydła. Jeśli siądziemy w dziewiczym śniegu, to po spakowaniu warto przycupnąć na ścieżce obok naszych śladów i posłuchać jakie teorie o ich powstaniu będą tworzyć przypadkowi gapie.
Jeżeli zamierzamy latać kilka dni z rzędu, warto do przechowywania glajta znaleźć miejsce o temperaturze poniżej zera. Wtedy odpadnie nam codzienne suszenie glajta. Przy składaniu nie przykładamy się za bardzo, lepiej kiedy tkanina jest luźno zwinięta, niska temperatura sprzyja uszkodzeniom impregnatu w miejscach zagięć.
Tak na marginesie, przed lataniem sprawdzamy, czy w zapasie nie ma śladów wilgoci, bo wilgoć ma to do siebie, że zamarza...