Przed chwila usłyszałem w radiu, ze urlopowicze giną 20 razy częściej od uderzenia spadającym orzechem kokosowym, niż od szczek rekina.
Podekscytowany ta wiadomością zacząłem grzebać w statystykach i okazało się,ze rekiny zabijają 15 razy mniej ludzi niż hipopotamy.
Ponieważ hipcie mająna oko cos ze 4 żeby, a rekiny parę setek, czytałem dalej jak to jest możliwe. Okazuje się, ze hipopotam jest zwierzęciem bardziej przywiązanym do swego terytorium, niż elektorat samoobrony i jeśli zauważy intruza (a widzi na ok. 10 m) to kładzie si ę na nim i topi. Wyciągnąłem z tego dwa wnioski. Po pierwsze zrozumiałem dlaczego krokodyle są takie płaskie i maja wytrzeszczone oczy, a po drugie, ze ludzie bardziej boja się swojej wyobraźni, niż rzeczywistego zagrożenia.
Czyli inaczej, wolimy poczucie bezpieczeństwa od bezpieczeństwa. Tłumaczy to takie zachowania, jak obsesyjny lek przed lotem samolotem pasażerskim odczuwany przez osobników, którzy nie boja się np. jeździć rowerem po mieście, co jest sportem bardzo ekstremalnym jak wynika ze statystyk.
Jak to się ma do paralotniarstwa.
Jak widza to nieloty, czyli ziemniaki i jak widzimy to my. W pierwszym przypadku podzieliłbym to na dwa aspekty, pierwszy jest dość przyjemny: "Och, jak pan się nie bo tak latać, ja bym pewnie umarła ze strachu" co daje nam możliwość nawiązania konwersacji i przejścia do propozycji pokazania paralotni z bliska, oczywiście w plenerze.
W wersji zaawansowanej dochodzi jeszcze manewr z zaproszeniem na lot w tandemie. Wariant mniej przyjemny to zwyżki w ubezpieczeniu, brak chęci udzielenia kredytu przez bank i opinia lekkiego świra. Tak na marginesie, to do żadnego z urzędników, nieważne czy bankowych, czy ubezpieczeniowych, nie dociera, ze praca instruktora paralotniowego polega na siedzeniu na krzesełku z radiem w garści i jedyne co mu zagraża to udar słoneczny, a w statystyce urazowości rożnych dyscyplin sportowych paralotniarstwa nie ma w pierwszej dwudziestce za to na pierwszym miejscu jest jazda konna, sport prawie  całkowicie sfeminizowany (widać kobiety bardzo lubią trzymać jakieś duże bydle krotko za pysk).
Znacznie ważniejsze dla nas jest nasze bezpieczeństwo. Typowym przykładem niepotrzebnego ryzykowania w imię większego poczucia bezpieczeństwa jest nałogowe w Polsce latanie nisko i powoli.
Lot żaglowy, będący erzatzem latania i metoda przeczekania chwilowego kryzysu termiki stal się celem samym w sobie. Ale zacznijmy od początku, czyli od startu. Mamy tu realne zagrożenie jakim jest niezapięcie taśm udowych, jest to dość częstą próbą przeniesienia się na tamten świat przez uduszenie. Tak przynajmniej klasyfikują to potem patolodzy sadowi.
Druga przyczyna wypadków jest poprawianie się w uprzęży, puszczanie sterówek itp. zaraz po starcie, najczęściej na malej wysokości. Znaczy za mała to ona jest do wyprowadzenie nagłej klapy czy fronsztala, do połamania się jest zupełnie wystarczająca. Okazuje się, ze dyskomfort wynikający z przyciśniętego taśmą jajka jest większy niż instynkt samozachowawczy.
Przypominam panom, ze jajka mamy dwa na wszelki wypadek. Jeśli po starcie dalej latamy wzdłuż stoku to pamiętajmy, ze do ziemi mamy niedaleko, wiec latamy w strefie występowania rotorów, bąbli termicznych i oszołomów. Oszołomów dzielimy na tych na ziemi i w powietrzu.
Ci naziemni są groźni, bo potrafią z znienacka postawić skrzydło tuz przed przelatująca nisko paralotnią. Jak już znajda się w powietrzu to sieja zamęt miotając się po niewspółmiernie dużym obszarze bez żadnego logicznego planu i usiłują sobie przypomnieć jak brzmi prawo drogi. Bo na kursie uczyli jednej wersji, a na grupie ktoś podawał inna twierdząc, ze jego jest lepsza. Wiadomo ze obowiązuje ta z kursu, ale pytanie która jest która? Oszołoma poznajemy po jednej z odmian "pozycji Jezus" lub po wytrzeszczu oczu, z tym ze czasem ten wytrzesz możemy dostrzec dopiero na chwile przed zderzeniem. Oprócz zderzenia na żaglu grozi nam jeszcze przewianie na zawietrzna. W celu uniknięcia przewiania należy zejść niżej, gdzie najczęściej wieje słabiej. Schodzenie robimy na klapach.
Klapy są bezpieczne o ile zwraca się uwagę, za co się ciągnie. Praktyka dowodzi, ze da się pociągnąć za wszystko. Jeśli opadając nabieramy podejrzeń, ze jednak pociągnęliśmy za to, za co nie należało, to przypominamy sobie sposób wyprowadzania fronsztala zamieszczony niżej.
Jeśli jednak nie zdążyliśmy i nas wciągnęło na zawietrzna to mamy przerąbane jak schabowy z kością, ale nie jesteśmy jednak zupełnie bez szans. Jeśli wiatr nie jest mocny to zamiast natychmiastowego przeglądu akrobacji zakończonego rzutem paka mamy lekkie pole manewru. Możemy próbować obejść gore bokiem, pod warunkiem, ze jest gdzie. Jeśli z boku jest tylko wąska przełęcz, to wystąpi tam dysza, czyli jeszcze silniejszy wiatr z jeszcze paskudniejsza zawietrzna. Należy wiec jak najszybciej odejść od stoku. Jeśli stok jest naprawdę duży (czyli jesteśmy w Alpach) i na dodatek od południa, to pamiętajmy, ze przy samym zboczu, trochę poniżej szczytu jest strefa żagla produkowana przez dół rotoru. Tam możemy poczekać na jakiś mocny komin, którym możemy wyjechać nad szczyt. Ale to już zabawa dla zaawansowanych. Na ogol zawietrzna objawia się tym, ze skrzydło naraz zaczyna mieć własna koncepcje wyjścia z kłopotów i nie jest ona zbieżna z nasza. Najczęściej objawia się to nagłym zmięknięciem połączonym z ucichnięciem szumu linek i gwałtownym opadaniem. Musimy wtedy za  wszelka cenę utrzymać stały naciąg na sterówkach. Jeśli wynosił on np. 0,5 kg (oczywiście mierzymy na oko) to staramy się taki naciąg utrzymać, pomagając sobie jeszcze ciałem.
W pewnym momencie opadanie się skonczy i glajt gwaltownie zechce dla odmieny leciec do gory. Dla nas jest wazne, zeby obie  połówki skrzydła robiły to jednocześnie, inaczej wpadniemy w rotacje bądź negatywkę. W tym celu dalej trzymamy nasza zadana sile na sterówkach, czyli najczęściej podnosimy płynnie łapki w gore. Pamiętajmy, ze jak glajt jest za nami, to go nie hamujemy, ale jeśli jest za nami to zaraz będzie przed nami i wtedy trza go wyhamować. Nie przejmujemy się tym za bardzo, bo zaraz znów zmięknie. Zabawa trwa do skończenia się strefy rotorów, bądź wysokości. Ponieważ już wiemy, ze latanie blisko krzaczorów, to nie jest to, co tygrysy lubią najbardziej, przenieśmy się na większa wysokość.
Tu sytuacja się odwraca, to znaczy mało co nam zagraża, za to mniej wprawnym pilotom włączają się stany lękowe. Wynika to z małego obycia z wysokością jak i z leku przed nieznanym. W końcu nie jesteśmy częstymi gośćmi pod podstawą cumulusa. Realnym zagrożeniem jest dla nas nagle zdmuchniecie czaszy znad głowy wynikające z rozluźnienia czujności spowodowanego monotonia długiego lotu oraz znalezieniem się w strefę turbulencji wywołanej przez uskok wiatru, lub wjechaniem w ostre noszenie polowa skrzydła, kiedy druga polowa jest jeszcze w duszeniu. Mamy wtedy przegląd akrobacji, który jest co prawda spektakularny, ale do ziemi mamy daleko, wiec szansa na zrobienie sobie krzywdy niewielka. Chodzi głownie o to, żeby nie złamać sobie psychacza. I tak frontsztal jest figura banalna, dopóki nie przerodzi się w motyla. A zechce tak zrobić, jeśli krawędź natarcia zarzuci nam w pobliże krawędzi spływu. Z samego fronsztala wychodzimy przez przyhamowanie, z motyla podobnie, ale musimy dbać, żeby wyszedł symetrycznie. Jeśli zrobi to jedna połówka, to zaliczymy parę zwitek spirali. Hamujemy i dociążamy wtedy stronę wypełniona, czyli napędzająca.
To samo dotyczy dużej klapy, która nie zdążyliśmy zakontrować. Duże klapy w termiczny dzień to rzecz zupełnie naturalna. Jeśli przesadzimy z kontrowaniem grozi nam negatywka. Negatywkę poznajemy po tym, ze wirujemy i to w dodatku tyłem, ale w przeciwieństwie do spirali, glajt tez się kreci z stosunku do nas. Czyli okresami znika nam za plecami. Generalnie na większości glajtów, do DHV 2, włącznie wystarczy podnieść łapy w gore. Realnie zagrożeniem jest zakręcenie się w taśmach i krawat. Z dużego zakręcenia w taśmach wychodzimy hamując stronę napędzająca, jeśli sterówki nie zablokowały się w skręconych taśmach. Jeśli się zablokowały, to staramy się złapać linki sterówek powyżej skręcenia. Nie jest to łatwe, bo duże przeciążenie nam w tym nie pomaga. Jak i to się nie uda, to zostaje nam tylko rzut paka. Z kolei krawaty dzielimy na małe i duże. Małe nie powodują rotacji, próbujemy wiec najpierw wyjść przez strzepywanie sterówka lub założenie klapy z tej strony. Jeśli nie skutkuje zrzucamy pól skrzydła i ewentualnie ściągamy linkę-winowajczynię ręcznieą Jak i to się nie da, to albo decydujemy się lecieć z krawatem wyrzekając się jednak manewrów przeciwna sterówka (bo grozi nam to niezamierzona negatywka) lub wykonujemy  fullsztala, podobnie jak w przypadku dużego krawata, kiedy mamy rotacje. Sam przebieg opadania w fullsztalu jest spokojny, stwarza jednak parę zagrożeń. Pierwszym są luźne linki, które mogą zaczepić o elementy ekwipunku (właściciele niezliczonych ilości gadżetów  przyczepianych do uprzęży nie robią wiec z reguły fullsztali dla hecy), drugim są błędy przy odpuszczaniu, powodujące negatywkę lub gwałtowne wystrzelenie czaszy do przodu i lot swobodny na zluzowanych linkach lub wręcz wpadniecie do czaszy, zaplatany w linkach osobnik może pozostać w dość nienaturalnej pozycji co skutecznie uprzykrza dalsza cześć lotu.
Wszystkie te atrakcje są spektakularne, ale ciężko sobie zrobić krzywdę kiedy ma się wysokość. Samo spadanie w poskładaniu może być tak długie, ze aż nudne, a ziemia prawie wcale się nie przybliża. Natomiast nie wiem jak wyjść z dużego krawata będąc 100 m nad lasem. Najlepiej latać wysoko. W normalnych górach przez cały słoneczny dzień wieje pod stok i najlepiej nosi nad graniami, ale wieczorem układ się odwraca, nosi dolina. Zdarza się, ze młodzi stażem piloci, startujący do pierwszych lotów termicznych właśnie pod wieczór, z uporem maniaka szwendają się w pobliżu stoków w poszukiwaniu poczucia bezpieczeństwa. W tym wypadku najbezpieczniej i najfajniej lata się na środku doliny, a do widoku zabudowań z wysokości 1500-1800 m trzeba się po prostu przyzwyczaić, albo zmienić dyscyplinę na bierki korespondencyjne, w końcu nie każdy musi być pilotem, ktoś musi chodzić na piechotę.
Największym zagrożeniem pod podstawa jest hipotermia. Jeśli nie jesteśmy ciepło ubrani, czyli tak jak na długi listopadowy spacer w wietrzny poranek, to dość szybko zaczynamy się trząść z zimna. Przy dużej wilgotności i wiaterku 10 m/s temperatura odczuwalna może wynosić nawet -15 st. C choć termometr w wariometrze pokazuje 5 st. C. Nasz organizm, jeśli nie ma mrozu, broni się przed spadkiem temperatury tylko trzęsawka, nie odcina dopływu krwi do wystających części ciała jak przy mrozie. Nie odmrozimy wiec sobie niczego, tylko się wychłodzimy. Jeśli jednak nagle ni stad ni z owąd zrobiło nam się jakby cieplej i przestaliśmy się trząść, to znaczy, ze już jest naprawdę źle i nie ma co się zastanawiać, trza sp... Polecałbym do tego besztal, jedynym zagrożeniem przy besztalu jest spadochronowanie w przypadku zbyt delikatnego odpuszczania.
Spadochronowanie jest o tyle śmieszna figura, ze na początku wszystko jest niby OK, skrzydło wygląda jak należy i jest na swoim miejscu, tylko jakoś nie chce lecieć, nie słucha sterówek i coraz bardziej się kiwa na wszystkie strony. To kiwanie jest coraz większe, aż przejdzie do normalnego lotu, bądź w negatywkę. Wyprowadzamy przez wypychanie taśm A do przodu. Realnie można stracić do 200 m, wiec jest to mało zabawne. Jakie są niebezpieczeństwa przy lądowaniu wszyscy z grubsza wiedza. Przy lataniu przelotowym dochodzi zagrożenie wylądowania na wiejskim weselu lub  chrzcinach. Problem jest poważny, ale są już opracowane metody postępowania Należy przede wszystkim zabezpieczyć szpej zaznaczając mark na GPSie i wysłać SMSem kolegom podając nazwę wsi oraz dodać, ze chodzi o wesele. Zaoszczędzamy im w ten sposób nocnej akcji poszukiwawczej. Następnie ważne jest, żeby obficie zakąszać.
Tak się składa, ze ludzie latają właśnie dla tego, ze latanie jest nie do konca bezpieczne, wiec nie ma co apelowac do rozsadku. Rozsadnie jestaerobic i jesc otreby. Ja bym tylko prosił kolegow chcacych wywinać cos bardziej ryzykownego niz heroiczny wieczorny zlot ze szkolnej gorki, zeby przestudiowali wnikliwie instrukcje swojego skrzydla (zareczam, ze cos takiego istnieje), oraz dowiedzieli się jak wykonac dana figure prawidlowo. Nie wszystko trzeba od razu cwiczyc nad woda (np. besztal czy spirala), ale zawsze wskazana jest duza wysokosc, czyli KONCZYMY na 300 m. W mojej ocenie najgrozniejsza figura akrobacyjna jest wing-over. Wynika to stad, ze malo kto tak naprawde robi to porawnie, a po przekroczeniu pewnego kata skrzydlo potrafi bez ostrzezenia zwinac dolna polowke, albo wpasc w negatywke. Oczywiscie w wing-overach tez wprawiamy się na duzej wysokosci.
Tyle o nebezpieczenstwach zwiazanych z samym lataniem. Z dotychczasowych doswiadczen wynika, ze znacznie grozniejszy jest przedluzajacy się brak latania, kiedy to z nadmiaru blazy przychodza nam do glowy glupie pomysly.