Marilyn Monroe, wzorzec kobiecości sprzed pół wieku, ważyła 70 kg, więc spokojnie dałaby radę latać na standardowym glajcie w rozmiarze M.
Później wzorce kobiety zaczęli kształtować dyktatorzy mody, którzy nie są przesadnie heteroseksualni jak wiadomo i w ten sposób kobiety upodobniły się do ich ideału, czyli młodych chłopców.
Pojawił się problem doboru skrzydła dla pilotów ważących 50 kg, lub nawet mniej.
Dlaczego problem?
Paralotnia najlepiej lata z masa startową 120 kg. Im bardziej odbiega od tego parametru, tym lata gorzej. Problemy mają zarówno producenci tandemów, jak i bardzo małych skrzydeł. Tylko na tandemach latają głównie zawodowcy. Nie da się bezkarnie przeskalowywać skrzydeł bez utraty parametrów, podobnie jak malutki kontrabas nie będzie już grał jak kontrabas, prędzej jak altówka bądź skrzypce. Żeby dokładnie przeskalować wszystkie parametry, należałoby również zmienić gęstość powietrza czy grubość linek, a i tak okazałoby się, że powierzchnia zmienia się z kwadratem, a objętość z sześcianem.
Wróbel powiększony do rozmiarów bociana nie będzie latał, podobnie jak bocian wielkości wróbla.
W praktyce okazało się, że małe skrzydła są wredniejsze od swoich większych pobratymców. Żeby utrzymać porównywalny poziom bezpieczeństwa "S-ek" konstruktorzy stosują szereg tricków, które odbijają się negatywnie na parametrach. Dość popularne jest na przykład zmniejszanie wydłużenia. Nie wszystkie firmy radzą sobie z małymi konstrukcjami, co dość poważnie zawęża możliwość wyboru, zwłaszcza, że wysokie koszty atestów przy stosunkowo małym popycie na ten rozmiar, powodują zaniechanie przez większość producentów atestowania małych skrzydeł, co w praktyce uniemożliwia porównanie konstrukcji na podstawie lektury wyników testów.
Nie dość, że nie ma w czym wybierać, a jeśli już coś jest, przeważnie nie ma atestów, to na dodatek nawet jak jest, to ciut za duże i trzeba latać w dolnej granicy wagi.
Niedoważone skrzydło to pełna katastrofa. Nie dość , że składa się już w katalogu, nie da się nim ciasno kręcić, bo ma dużo większą ochotę na wyprodukowanie negatywki, przy wejściu w noszenie staje dęba i koniecznie usiłuje wypaść z komina, to jeszcze na dodatek opornie startuje bez wiatru.
Za to dla odmiany przy silniejszym wietrze z upodobaniem wlecze swojego właściciela po startowisku. O tym, że za duży glajt jest wolny ciągle grozi mu przewianie nie trzeba chyba wspominać.
Z powyższego jasno wynika, że dbające o linię dziewczęcie jest skazane na niedoważone, ale za to nieatestowane skrzydło, a nawet jeśli atest posiada, to stwierdzający, że jest ono wredniejsze niż większe rozmiary (sam atest bezpieczeństwa nie czyni).
Jest co prawda kilka firm specjalizujących się w małych glajtach, ale małe nie zawsze oznacza, że są adresowane dla lekkiego pilota. Różne profile lotnicze latają z różnymi obciążeniami i często skrzydła pod PPG bądź acro są malutkie, choć przeznaczone na rosłych chłopów, nierzadko z 30 kg napędu na plecach . Z tym, że firmy robiące skrzydła akrobacyjne mają spore doświadczenie w małych konstrukcjach i często z rozpędu posiadają w ofercie małe, a bezpieczne i stosunkowo szybkie glajty, więc jest jakaś szansa. Trochę lepiej jest na rynku skrzydeł używanych. W tym rozmiarze rzadkością jest zarówno towar jak i klient, więc zyskuje ten, kto ma więcej cierpliwości. Jeśli chce się kupić szybko, to z braku podaży trzeba będzie przepłacić, natomiast jeśli chce się szybko sprzedać należy liczyć się z umiarkowaną ceną i to właśnie jest okazją dla kupujących.
Dodatkowym bonusem jest niezły stan techniczny skrzydeł, ponieważ kobiałki latają rzadziej i bardziej dbają o swoje glajciki (chyba że któraś musi mieć wszystko śnieżnobiałe i pierze wszystko co jej w ręce wpadnie w jakimś inteligentnym proszku z formułą). Pewnym rozwiązaniem, choć nie pozbawionym wad, jest używanie balastu.
Szczerze powiedziawszy są to głównie wady.
Po pierwsze trzeba mieć gdzie ten balast umieścić (nie każda uprząż jest do tego przystosowana), po drugie jakoś należy to wszystko dotaszczyć na startowisko, a na końcu okazuje się, że aby wystartować przy słabszym wietrze z wiadrem wody pałętającym się w okolicach nóg trzeba nie lada siły, kondycji i umiejętności technicznych, a powiedzmy sobie szczerze, dieta oparta na sałacie sił nie dodaje.
Poza tym lądowanie z balastem mocno obciąża nogi, wypadałoby więc wcześniej poćwiczyć na siłowni. Siłownia to zupełnie inna bajka i może tam nie być królewicza, tylko same żaby (żaba jak wiadomo szyi nie posiada).
Balast można umieścić z tyłu uprzęży, bądź we frontkontenerze. To drugie rozwiązanie daje większy komfort latania, balast jest praktycznie nieodczuwalny w locie, niestety przy lądowaniu, jeśli się nie wypuści wcześniej wody, cała energia balastu jest przyjmowana na nogi. Jeśli woda jest z tyłu, to w locie trudniej steruje się ciałem, za to balast robi za dodatkowy protektor, niestety jednorazowego użytku. No i po takiej akcji pilotka na pe wno nie zostanie uznana za miss mokrego podkoszulka, a wprost przeciwnie.
Tak czy owak, wodę należałoby wypuścić przed lądowaniem, starając się nie robić tego nad ludnością tubylczą, bo traktuje ona ten fakt nieufnie. Wychodzi więc na to, że do czasu powrotu mody na kobiety posiadające biodra, co bardziej filigranowe pilotki są skazane na balast wodny, bądź powiększenie biustu. Ponoć najnowsze silikonowe implanty już nie piszczą na dużych wysokościach.