W poprzednim numerze opisałem jak zrobić pierwszy przelot. W końcu to Cross Country :).

O ile z technicznego punktu widzenia sam przelot nie jest skomplikowany, o tyle psychicznie jest to trudna decyzja. Bardzo często słyszę, że „zrobiłem 1000 m nad start, ale nie odszedłem bo...” i tu z setka powodów, każdy wykrętny. Jak się czeka pół roku na „ten” warun i w międzyczasie pokonuje kilka tysięcy kilometrów objeżdżając autem wszystkie możliwe startowiska, to tłumaczenie, że „nie mogłem zostawić samochodu” czy „nie miałem jak wrócić” wywołuje u słuchaczy lekki uśmieszek. I tak wszyscy wiedzą, że delikwentowi kucnął psychacz.

Daleki jestem od naśmiewania się z takich kolegów. W końcu nie każdy jest potomkiem beduina i cyganki mającym nadmiar genów szwendaczki. U normalnego współczesnego człowieka pomysł rzucenia się drogą powietrzną w krajobraz na kawałku szmaty budzi mieszane uczucia. Tym bardziej, że przeważnie od maleńkości jesteśmy przyzwyczajeni, że na drogę należy się parę dni pakować, zabierając ze sobą pół szafy, a dodatkowo jajka na twardo, pieczonego kurczaka zapakowanego w folię aluminiową i termos z herbatą. Co zapobiegliwsi zabierają jeszcze ściereczkę-obrusik i solniczkę. A tu nagle trzeba w ciągu paru minut zdobyć się na parogodzinną wyprawę i porzucić przytulny komin w widokiem na kolegów (a co ważniejsze koleżanki) pozostawionych na starcie.

 

Powtarzając od lat, że pilot to gość przemieszczający się drogą powietrzną z miejscowości A do miejscowości B spotykam się nieodmiennie z odpowiedzią, że każdy ma prawo szukać w tym sporcie takiej przyjemności jaką lubi i nie należy dzielić latania na lepsze i gorsze.

 

Będę się jednak upierał, ze wiszenie 5 godzin nad jednym miejscem nie jest lataniem, a taki delikwent pilotem. W ramach kompromisu przyjmijmy, że jest pilotem-praktykantem, choć dla mnie jak coś wisi, to musi to być żyrandol. Zaś tego rodzaju tłumaczenia przypominają mi scenki z podwórka, gdzie to przedszkolaki wolą szaleć na swoich małych rowerkach zaopatrzonych w boczne kółka zamiast podejmować ryzykowne i czasem bolesne próby na „poważnym” sprzęcie. Do przesiadki przeważnie potrzebny jest ktoś dorosły, który udaje, że trzyma za kijek z tyłu. Ten artykół ma być właśnie takim kijkiem ;).

 

Obserwując długie lata adeptów latania przelotowego doszedłem do wniosku, że czynnikiem, który w najbardziej blokuje decyzję o odejsciu w siną dal jest... przestrzeń.

 

Zyjąc na ziemi zawsze mamy jakieś ograniczenia. Drogi mają rowy, ulice krawężniki, nartostrady też są wąskie. Szczerze powiedziawszy nawet jeziora mamy umierkowanej wielkości. A tu nagle przed nami bezmiar powietrza, no i ten trzeci wymiar... Ilość bodźców atakujacych nasze zmysły przekracza wszystkie znane nam doświadczenia. Tak więc poprzestajemy na wiszeniu. Tym bardziej, że znając teren możemy wisieć długo, a odpalając na przelot mamy sznse na szybką padakę po paru kilometrach. Czyli lepszy wróbel w garsci... Radziłbym jednak popatrzeć na kolegów którzy przelotów zakosztowali. Wolą siedzieć na ziemi i czaić się na przelot niż wisieć godzinami bez sensu. Więc jednak coś wtym musi być. A co to takiego nie przekonamy się inaczej jak organizmem.

 

Na początku będzie nam trudno, ponieważ z braku rutyny przeciążymy... mózg.

 

Bo przelot to przede wszystkim praca umysłowa i to w trudnych warunkach. Wszystko nas rozprasza. Widoki, zachowanie glajta, chmury które zasuwaja na przeskokach prosto na nas i brak znajomości okolicy. Odczucie jest podobne, jak przy dobrej grze komputerowej, tylko grafika jest o niebo lepsza :). Tak więc przy pierwszych przelotach spalimy się po pierwszych kilometrach i zamiast kombinować jak tu ciągnąć dalej klapniemy na pierwszą lepszą łakę. Potem będziemy żałować. Ten niedosyt będzie nam już towarzyszył zawsze („gdybym wtedy dłużej porzeźbił w tym zerku zamiast pchać się pod tego niewyraźnego Cu, przecież na kilometr było widać, że zaraz się rozpadnie...”). Dla tego najlepszą szkołą przelotowego latania są zawody. Raz, że lecimy w grupie i można porównać różne techniki przeskoków, dwa, że lecimy po zadanej trasie, zamiast iść na łatwiznę, a trzy, że mamy wyznaczony cel i do niego zmierzamy. Lecąc samemu zawsze znajdziemy wytłumaczenie, że więcej się nie dało, bo warun siadł. Na zawodach przeważnie koledzy udowodnią bez trudu, że sięnie tylko dało dolecieć, to jeszcze w dużo szybciej niż myśleliśmy i to w dodatku trasą, która wydawała się dla nas czystą abstrakcją.

 

Ale zostawmy zawody na później, najpierw trzeba się jakoś odważyć ten pierwszy raz i odwrócić się plecami do startowiska.

 

Najlepiej oswoić się z tym wcześniej psychiczne odbywając wyimaginowane przeloty po ralnej okolicy w ramach zwyczajowego oczekiwania na warun. Czyli zastanowić się jak przy danych warunkach najlepiej byłoby odmaszerować i gdzie tu by się ewentualnie podkręcić.. Jeśli są w okolicy bardziej doświadczeni koledzy, to oczywiście podpatrujemy jak oni to robią. Nie zawadzi też rzucić okiem na mapę. Przy okazji można przemyśleć drogę powrotu, wtedy już nie będzie to lot w nieznane.

 

Każdy start w termiczny dzień traktujemy jako próbę zrobienia przelotu mając w zanadrzu PLAN. W końcu kiedyś się uda. Oczywiście łatwiej to przyjdzie, jeśli na przelot leci większość pilotów. W stadzie lęk przed bezmiarem przestrzeni jest pomijalnie mały. Za to pojawia się obawa przed opinią loży szyderców, która bez litosierdzia skomentuje nasze kolejne niepowodzenie. No ale jak na razie takich ośrodków, gdzie w termiczny dzień prawie wszyscy odlatują w siną dal jest w Polsce kilka. Pamiętajmy jednak, że takie miejsca są i że tak właśnie wygląda normalne latanie. To, że na jakimś startowisku prawie wszyscy uprawiają heroiczne zloty nie upoważnia nas włączenia się w tą zabawę. Szkoda glajta.

 

Ponieważ na przelotach latamy wysoko, więc możemy sobie trochę popuscić pilnowanie glajta. Duża klapa na żaglu grozi dokręceniem do stoku, tutaj tylko informuje nas o znalezieniu się na granicy komina. Wszelka turbulencja jest sygnałem o potencjalnym kominie, więc zamiast stresować cieszy. Dobrze jest wtedy dać glajtowi trochę swobody, przeważnie sam nas zaprowadzi w noszenie. Zamiast zaciskać do białości dłonie na sterówkach współpracujemy ciałem z uprzęża i czyjemy się jak pusta puszka od piwa koło wodospadu. W koncu nas zabierze. Jeżeli robimy to z wewnętrzną zgodą na duża klapę, czy mały frontsztal, to świat jest nasz. Jeżeli zaś lecimy na zaciśnietych zębach i przy każdym zmarszczeniu glajta popuszczamy w stringi, to lepiej zastanowić się, czy nadajemy się na pilota. W końcu ktoś musi chodzić na piechotę.